Nie wiem skąd to się bierze. Dlaczego małe dzieci potrafią być tak złośliwe? Muszę stwierdzić, że mój dwulatek to wredne dziecko!

DSC04684

Krzyś zazwyczaj jest grzeczny – zresztą spójrzcie na powyższe zdjęcie. Aniołek, co nie? Jednak od jakiegoś czasu ma takie momenty, gorsze dni czy chwile w ciągu dnia, że chciałoby się usiąść i płakać. Z rozpaczy, ze wstydu, z bezradności… Może powinnam to sobie tłumaczyć butem dwulatka?

Foch!

Zaczął stroić fochy. Jak coś jest nie tak, jak On by chciał to po prostu się obraża. Idzie do pokoju, siada albo kładzie się na podłodze i odwraca głowę w przeciwną stronę żeby na mnie nie patrzeć. Minę ma zabójczą, choć początkowo wyglądało to raczej zabójczo śmieszne. Jest to opcja lajtowa.

Będę rzucał!

Druga wersja to rzucanie. Głównie swoimi zabawkami. Bawi się ładnie, nagle nie może sobie z czymś poradzić, próbuje i coraz bardziej się denerwuje, a kiedy chce mu pomóc to się obraża i rzuca zabawką. Ostatnio po takiej akcji kazałam mu iść do kąta. Wytłumaczyłam, że to za karę. Kiedy chciał już wyjść powiedziałam, że może się dalej bawić, ale musi najpierw podnieść zabawkę, którą wyrzucił. Nie! Foch! Nie podniesie. Jeszcze mi powie „będę rzucał!”. Więc stoi w tym kącie. Chce wyjść, to za każdym razem przypominam, że może, ale musi pozbierać wyrzucone zabawki. Zaczyna się płacz, bo On nie będzie zbierał „Ty podnieś”. Koniecznie chce już się bawić, bądź też rzucać kolejnymi zabawkami. Płacze tak rozżalony, że serducho mi się ściska. Już mam moment, że wymiękam. Jednak próbuję jeszcze raz i proszę, żeby podniósł tą zabawkę, żeby był grzeczny i będziemy się razem w coś bawić. A w odpowiedzi słyszę wykrzyczane „A sio! Ić siobie, nie będę się bawił, będę rzucał!” I wtedy wyrzuty sumienia odchodzą na bok i już mnie nie ściska w serduchu, że biedak tak płacze. Wiem, że jak mu teraz pozwolę robić, co mu się podoba i niszczyć coś w złości to tak mu zostanie. Popłakał jeszcze chwilę, ja przestałam się odzywać, prosić o posprzątanie. Kiedy zobaczył, że zajęłam się przeglądaniem jakiejś gazety, a jego płacz przestał mnie wzruszać podszedł do mnie, przytulił się, a z jego ust padło „pasiam mamo”. Buziaki, tulaski, prośba by więcej tak nie robił i aby teraz na spokojnie podniósł zabawkę. Sukces? Hmmm… jednorazowy, bo za kilka dni sytuacja się pewnie powtórzy, a mój uparciuch znów będzie próbował swoich sił w starciu ze mną.

Mogę to?

Nie możesz. „Mooogęęęęę? Mogę!” Coraz bardziej miączącym głosem. Kiedy chodzi o sytuację, gdy jesteśmy sami w domu i nie chcę mu dać czegoś co np. zagrażałoby jego bezpieczeństwu, czy mógłby po prostu uszkodzić, a to nie zabawka dla dzieci, to jeszcze jako tako sytuację idzie opanować. Zagadam go, zajmę czymś innym i jest spokój. Natomiast ostatnio podczas zabaw z innymi dziećmi On zawsze chce to, czym akurat bawi się to drugie dziecko. Byłam u znajomej i czego nie wzięła do ręki jej córka (młodsza od Krzysia o rok) to On przychodził do mnie i pytał czy to może. Tłumaczenie, że nie, bo też bawi się tym M. i jak skończy to wtedy dostanie nie działały. „Teraz!” mówił. . Przyszła do mnie znajoma z córką starszą od Krzysia, bo to już prawie sześciolatka. Uwielbia się z nią bawić. Koleżanka mieszka obok moich rodziców, więc Krzyś często chodzi do A, żeby się z nią bawić i odwrotnie. Kiedy jest u niej to jakby dzieci nie było. Natomiast, gdy bawią się u mojej mamy w domu, bądź u mnie to jakby diabeł w nich wstępował. Krzyki, bieganie, zabieranie sobie zabawek. I właśnie tak też było ostatnim razem, gdy A. z mamą do nas przyszły. Co A. chwyciła i się bawiła to Krzysiu akurat to chciał. Mało tego! Wyrywali sobie te zabawki! W efekcie końcowym, kiedy chodziło o coś czym mogli się podzielić i chciałam im sprawiedliwie to rozdzielić, to On oczywiście swoją zabawką rzucał! Bo przecież nie chodziło o samą zabawę, a o fakt, że chciał to mieć, albo inaczej – chciał, żeby A. tego nie miała! Oczywiście skończyło się płaczem, bo A. skończyła się cierpliwość, obraziła się na Krzysia, kiedy kolejny raz zabrał jej to czym chciała się bawić. Poszła z mamą do domu, a Krzysiu płakał, bo chciał by została. Podobnie było ostatnio u mojej siostry. Złośliwy taki się zrobił i zaczął zabierać jej myszkę od komputera i wszystko co miała pod ręką. A kiedy mu powiedziałam (a właściwie krzyknęłam), że ma tak nie robić, nie wolno, że to cioci to co zrobił? Uderzył ją! Tak ze złości.

Bije Cię!

I tu właśnie mowa o sytuacjach jak opisana pod koniec poprzedniego akapitu. Złości się na coś, na kogoś podchodzi i uderza. Kiedy mnie uderzy tłumaczę, że nie wolno, bo jego też nie bijemy i nikt nie powinien bić, bo to boli itd… no wiecie takie standardowe tłumaczenia. Zadziałało „na chwilę”, a po kilku dniach znowu to zrobił. Kiedyś nie zareagowałam wcale. Raz, tak dla sprawdzenia co zrobi jeśli się nie odezwę. Uderzył mnie raz, a później drugi informując przy tym „bije cię!”. Zaczęłam się zastanawiać czy to nie jakaś chęć zwrócenia na siebie uwagi. Ale nie. Sytuacje zdarzały się podczas zabawy z babcią, kiedy tą uwagę miał poświęconą, ale babcia czegoś mu nie pozwoliła zrobić lub czegoś nie chciała dać. Czyli po prostu ze złości. Przychodzę z pracy i słyszę od mojej mamy i siostry, że Krzyś je uderzył. Przybiega do mnie się przywitać i również potwierdza „Biłem babcie i ciocie!” Pytam dlaczego? „Bo tak”. Tłumaczę za każdym razem, że nie wolno robić krzywdy innym, że przecież babcia i ciocia tak go kochają, a On im ała robi. Proszę, żeby przeprosił. „Pasiam, juś nie będę”. Jak długo? 2-3 dni? Aż znów się na coś zezłości?

Chodzę z Krzysiem do kościoła. Staram się co niedzielę być na mszy dziecięcej. Słyszę od wielu znajomych, których spotykamy w kościele, że podziwiają, jaki On jest grzeczny. Godzinę potrafi spędzić spokojnie we wózku bawiąc się jednym autkiem, od czasu do czasu wyjdzie i siedzi mi na kolanach. Nie krzyczy, nie hałasuję, nie biega po kościele jak inne dzieci, które spotykamy. Czuję wtedy dumę. Tak samo kiedy jestem u mamy i akurat przyjdzie jakaś jej znajoma czy ktoś z rodziny i podziwiają, jak On pięknie się bawi. Potrafi się sam zająć, zabawić. Jak coś chcę to pyta czy może, potrafi podziękować, poprosić, powiedzieć „na zdrówko” jak ktoś psiknie. Ochy i achy czasami padają. Jednak jak pisałam są też takie dni, że mam ochotę wyjść, trzasnąć drzwiami, nie słyszeć miączenia, krzyczenia, nie widzieć go jak jest taki zły i nie grzeczny, nie wstydzić się za niego. Ani prośby, ani groźby, ani krzyk, ani spokojne tłumaczenie wtedy nie pomaga. Więc co robić? Teraz pewnie usłyszę, że dziecko musi widzieć takie sytuacje, musiało się od kogoś nauczyć takich zachowań. Nie sądzę. Nawet w bajkach, które ogląda nie ma takiej agresji, takiego okazywania złości przez bicie czy rzucanie czymś. Co robić w takiej sytuacji? Myślicie, że to przejdzie z czasem? Że to taki wiek, że to ten słynny bunt dwulatka? Czy u Was też tak bywa, że macie wrażenie, że Wasza pociecha to wredne dziecko, złośliwe i nie do wytrzymania? Co robicie? Dostają karę? Nie wyobrażam sobie, żeby ignorować takie sytuacje i doprowadzić do tego, aby w efekcie stał się taki na co dzień. Chcę go dobrze wychować. Staram się jak mogę. A w takich chwilach, gdy pokazuje swoją złość ręce mi opadają i nie wiem czy wszystko co robię do tej pory robię dobrze. Zastanawiam się wtedy czy gdzieś popełniłam jakiś błąd. A może po prostu wszystkie dzieci są czasami wredne i złośliwe? Moje jest przy tym wyjątkowo uparte.