Tyle się mówi o bezstresowym wychowaniu, bez przemocy, bez bicia dzieci…

Staram się tego trzymać. Choć nie mogę powiedzieć, że moje wychowywanie jest bezstresowe. Jestem nerwowa, jestem głośna. Często krzyczę i to nawet nie na Krzysia. Po prostu taka jestem. Krzykliwa. Często słyszę od mamy czy innych członków rodziny, że mam mówić ciszej, że mam nie krzyczeć. Nic na to nie poradzę, ale tak już mam. Nie uważam, że wychowywanie bez bicia to wychowywanie bezstresowe. Każde dziecko przeżywa jakiś stres i nie koniecznie jest on związany ze strachem przed biciem! Jedne dzieci stresują się, bo nie chcą uczyć się załatwiania na nocnik, inne, bo akurat rodzice chcą je oduczyć chodzenia ze smoczkiem. Chyba każde dziecko denerwuję się jak mu się coś popsuje lub coś nie wychodzi. Stres i nerwy to emocja jak każda inna i każdy je przeżywa. Nasze życie jest często stresujące! Zwłaszcza w dorosłym świecie.
Jednak nie zmienia to faktu, że to my rodzice powinniśmy dbać o to, aby nasze dziecko miało jak najmniej tych negatywnych emocji. Musimy dawać im dobry przykład, choć czasem jest to trudne i często popełniamy błędy. Jestem mamą kreatywną, ale nie idealną. I nigdy taka nie będę. Też popełniam błędy. Staram się jednak uczyć na tych błędach. Skąd nagle takie przemyślenia? Sytuacja sprzed kilku dni dała mi powody do zastanowienia się i dlatego ten wpis.
Nie przeklinam przy Krzysiu, a przynajmniej bardzo się staram. A kiedy już zdarzy mi się użyć wulgaryzmu w domu to tak, żeby Mały nie słyszał. Mąż też stara się, choć w Jego przypadku trochę z tym ciężej. Co nie znaczy, że klnie co drugie słowo. Po prostu czasami w nerwach rzuci jakąś k..wą, jednak też po cichu żeby Krzyś nie załapał. I póki co jakoś to nam wychodzi. Mały nie zna przekleństw, jeśli nie liczyć do nich słowa „dupa”.
Krzyś rozrabia, Mąż zwraca mu uwagę, tłumaczy, że nie wolno, bo sobie zrobi krzywdę lub coś rozwali… Oczywiście skutek odwrotny od zamierzonego. Bąbel jeszcze bardziej przykłada się do psocenia. W końcu pada zdanie: Krzysiu nie wolno tak, bo dostaniesz na dupę! Zero reakcji. Krzyś niewzruszony. Niby to tylko takie zdanie, rzucone w nerwach. Nie spełniona groźba. Nie byłaby spełniona, bo nie bijemy go, ale… następnego dnia spieszyłam się do pracy. Żegnając się z Nim rano zrzuciłam ze stolika Jego autko.
– Mamo! Niu, niu! Buch dupe! – po czym chciał mi dać klapsa w tyłek!
.
.
.
.
Kopara mi zjechała. Buch w dupę nie dostałam. Usiadłam i tłumaczę, że nie wolno tak mówić. Nie można nikogo bić, że my też go nie bijemy. Jednak co z tego, że ja mu to tłumaczyłam skoro sam usłyszał takie zdanie w swoim kierunku?! Dzień wcześniej nie zareagował. Nawet nie powtórzył słowa „dupa”. Ale znalazł odpowiedni moment i sytuację. Mężowi opowiedziałam. Oboje wyciągnęliśmy wnioski. Musimy bardziej zważać na to co mówimy i robimy. W końcu to z nas bierze przykład. To nas naśladuję. Po nas wszystko powtarza.