Drugi poród będzie łatwiejszy. Takie stwierdzenie padło podczas mojej ciąży wielokrotnie. Ja mimo to miałam obawy…

drugi poród będzie łatwiejszy

Drugi poród będzie łatwiejszy – powiedział mi mój ginekolog po tym jak padło pytanie o pierwszy poród. Później usłyszałam to jeszcze wiele razy od różnych osób podczas ciąży. Szlaki są już przetarte itp. I co? I w moim przypadku na szczęście to stwierdzenie się sprawdziło. Okazało się, że zarówno ciąża, poród jak i dziecko jest zdecydowanie inne niż pierwsze. Może te różnice wynikają także z różnych płci dzieci. Nie wiem, trudno to stwierdzić, ale różnic było sporo już od początku…

Ciąża

Pierwsza – Praktycznie całą ciąże byłam bardzo aktywna. Dość długo chodziłam jeszcze do pracy. Sporo czasu spędzaliśmy z mężem na spotkaniach ze znajomymi. Domówki nawet do późnych godzin nocnych nie były dla mnie żadnym problemem. Czułam się fizycznie dobrze i gdyby nie rosnący brzuch nie wiedziałabym, że jestem w ciąży. Miałam takie przeczucie, tak mi podświadomość podpowiadała, że to będzie chłopczyk i ku mojej ogromnej radości lekarz to potwierdził. Mimo funkcjonowania na pełnych obrotach podczas ciąży przytyłam 13 kg (startowałam z wagą wyjściową ok. 60 kg, a do porodu miałam 73 kg).

Samopoczucie miałam kiepskie w związku z moim ówczesnym wyglądem. Nie lubiłam, gdy ktoś robił mi zdjęcia. Choć bardzo chciałam dziecka i liczyłam się z przytyciem nie chciałam by zostało to uwiecznione, bo jakoś sama źle się tym czułam. Przytyłam wszędzie – buzia, ramiona, brzuch, uda… Jednak nic nie działo się bez powodu. Apetyt miałam wielki. Najchętniej niestety sięgałam po niezdrowe ostre przekąski, głównie chipsy, które uwielbiam. Termin porodu miałam zimowy – 16 grudzień.

Druga – Już na początku zastanawiałam się jak to będzie i wtedy wielokrotnie słyszałam, że z drugim jest łatwiej, że drugi poród będzie łatwiejszy. Sporo czasu w tej ciąży odpoczywałam mimo iż na świecie jest już Krzysiu udawało mi się leniuchowanie. Kiedy Starszak był w przedszkolu potrafiłam spać prawie do południa. Kiedy tylko to było możliwe poprosiłam lekarza o zwolnienie lekarskie. Byłam często zmęczona i ospała, a początki non stop zasmarkana z zawalonymi zatokami. Fizycznie odczułam sporą różnicę w tej ciąży. Mdłości, wymioty – tak, tym razem zaznałam tego „uroku” ciąży. Sięgnęłam po swoje ulubione chipsy i tak szybko jak je zjadłam tak szybko dały o sobie znać… od tego czasu widząc chipsy łapał mnie od razu odruch wymiotny.

Kiedy wreszcie apetyt wrócił rzuciłam się na słodkie. Czego wcześniej nigdy nie miałam – zawsze wolałam jakieś ostre fast-foody od słodyczy. Szybko jednak okazało się, że mam cukrzycę ciążową. Trzeba było wykluczyć słodycze, jednak nie ukrywam, że od czasu do czasu zjadałam coś „zakazanego” oczywiście kontrolując cukry, które jak się okazało wcale takie złe nie były. Przez okres ciąży przytyłam 0,5 kg (startowałam ze sporą nadwagą 73 kg, a do porodu waga wskazywała 73,5 kg). Myślę, że wpływ na to miały te początkowe stany wymiotów, a później inne odżywianie niż w pierwszej ciąży. Podobałam się sobie samej, bo nie zrobiłam się cała okrągła, a jedynie miałam ładny brzuszek. Nawet sama strzelałam sobie fotki. Płeć – dziewczynka, choć tutaj nie miałam aż takiej pewności i mocnego przeczucia. Termin porodu letni – 24 sierpień.

Poród

W obu przypadkach wywoływany.

Pierwszy – Tydzień po planowanej dacie porodu miałam zgłosić się do szpitala na oddział. Przypadło to na 23 grudnia! Legły w gruzach moje plany i założenia, że urodzę przed świętami i spędzę je już w domu z rodziną i dzieckiem. Ten czas spędzony w szpitalu w święta był okropny i byłam zdołowana, przybita i wiecznie płacząca. Mimo przechodzenia z cewnikiem Foleya pół dnia w Wigilię rozwarcie niezbyt się powiększało. W pierwsze święto pół dnia na kroplówce z oksycotyną, która również nie dała efektu. Drugie święto bez żadnej ingerencji. 27 grudnia nad ranem coś zaczęło się dziać, pojawiły się delikatne skurcze. Rano po obchodzie wylądowałam na porodówce z kolejną kroplówką. Pęcherz przebił mi lekarz ówczesny ordynator oddziału. Wody płodowe były już zielone.

Poród wspominam strasznie. Zostałam trochę nacięta i pamiętam dokładnie ten ból nacinania krocza. Nie zostało to widocznie wykonane w skurczu, bo wówczas nie czułabym samego bólu nacinania tylko skurcz. Krzyś urodził się o godzinie 13:00 siłami natury z wagą 3660g i 56cm długości. Dokładnie pamiętam też ból podczas szycia. Nie zadziałały na mnie jeszcze środki przeciwbólowe, znieczulające. Leki zaczęły działać dopiero jak już było po wszystkim, w związku z tym nie byłam na siłach by samodzielnie wyjść z porodówki. Wywieźli mnie na wózku, a ja czułam się jak naćpana. Taka opóźniona reakcja na wszystkie leki, które otrzymałam wcześniej.

Mały po badaniach musiał przyjmować antybiotyk w związku z bakterią, którą prawdopodobnie „załapał” z zielonych wód płodowych. W szpitalu spędziłam kolejne dni płacząc i rozpaczając, że wszyscy na około wychodzą po 2-3 dobach do domu, a ja muszę zostać. Byłam chyba w jakimś depresyjnym stanie. Za bardzo nastawiłam się i ułożyłam sobie w głowie plan, który życie całkowicie zweryfikowało… Zamiast cieszyć się, że crp spada i nic poważniejszego się nie stało, że Krzysiu jest zdrowym, ślicznym chłopczykiem ja przeżywałam jakieś swoje rozterki, że leżę w szpitalu. 4 stycznia wyszliśmy.

Te 13 dni były najgorsze, choć mówią, że poród powinien być wielkim szczęściem i radością nie mogłam i ja tam powiedzieć. Samo pojawienie się dziecka oczywiście to wielka radość, ale cała ta otoczka, ta sytuacja, która mnie spotkała przerosła mnie. I wiem, że ludzie mają gorzej, nie trzeba mi o tym przypominać… Po porodzie bardzo długo dochodziłam do siebie. Mąż bardzo mi pomagał. Wstawał w nocy do Krzysia i podawał mi go do łóżka na karmienie. W ciągu dnia przejął wiele obowiązków domowych. Patrząc na to teraz z perspektywy czasu wiem, że za bardzo się nad sobą rozczulałam.

Drugi – Próbowałam różnych sposobów na przyspieszenie porodu. Zarówno wtedy jak i tym razem nie pomógł intensywny seks, picie herbatek z liści malin czy wysiłek fizyczny. Lekarz prowadzący (aktualnie także ordynator oddziału ginekologii), który wiedział jak wyglądał poprzedni poród zadziałał szybciej i już dzień po terminie miałam zgłosić się do szpitala. Od rana założono mi cewnik Foleya, który doprowadził do rozwarcia. Następnego dnia po obchodzie lekarz zadecydował o kroplówce z oksycodyną i położeniu mnie na porodówce. Pęcherz został przebity przez lekarza. Poród wspominam dobrze, z uśmiechem na twarzy mogę o nim opowiadać. Warunki w szpitalu w moim mieście są teraz o niebo lepsze niż 4 lata temu, a to daje lepszy komfort psychiczny.

Tym razem wiedziałam co mnie czeka, czego mogę się spodziewać i byłam na to przygotowana. Byłam gotowa na dużo większy ból. Skupiałam się na tym, na czym powinnam, zamiast rozczulać się nad sobą i nad tym jak bardzo cierpię z bólu. Oddychanie, słuchanie położnej (no z tym może nie zawsze), słuchanie siebie i tego co podpowiadała mi intuicja. Położna na medal! Trafiłam na złotą kobietę z bardzo dobrą opinią w moim mieście. Prawie cały czas sporo się poruszałam, zmieniałam pozycje, dopiero w końcowej fazie porodu leżałam. Poszło szybciej niż z Krzysiem. Tym razem również zostałam nacięta (moja mina na widok nożyczek i błaganie by tego nie robiła zapewne bezcenna ;)), ale nie wspominam tego tak traumatycznie jak za pierwszym razem. Nie czułam bólu, nie czułam także momentu zszywania. Natalka urodziła się siłami natury 26 sierpnia o godzinie 16:10 z wagą 3600g i 55 cm długości.

Dziecko

Pierwsze – Wychuchane, ukochane, wypieszczone i wspaniałe… Napatrzeć się nie mogłam na Niego. Zamiast się wyspać, gdy Krzysiu spał nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Patrzyłam na Niego godzinami, robiłam tysiące prawie identycznych zdjęć. Od samego początku był bardzo aktywny, żywiołowy i… trochę płaczliwy – to chyba przez to, że i ja w ciąży byłam taka oryczana 😉 Często miał otwarte oczka i spokojnie sobie patrzył, uśmiechał się, ale też często płakał…a może to mi się wydawało, że płacze. Leciałam do Niego na każde piśnięcie, na każdy szmer. Nosiłam mnóstwo na rękach, nawet jak zasypiał potrafiłam trzymać go jeszcze długo i patrzeć jak śpi zanim odkładałam do łóżeczka. Cała rodzina tak rozpieszczała tego Malucha od samego początku – to był pierwszy wnuk i siostrzeniec w rodzinie. Często budził się w nocy i wstawałam nawet po kilkanaście razy. Robił nam sporo psikusów podczas przebierania pampersów – znacie to? 😉

Siedziałam z Krzysiem od rana w pokoju i zdarzało się, że nie miałam chwili zrobić sobie śniadania aż do południa, „bo przecież On będzie płakał” albo już płacze. Śmiać mi się teraz z tego chce, ale tak było. Przyznaję, że trochę to zwariowane, ale wywróciłam swój świat do góry nogami na własne życzenie i zamknęłam się w świecie potrzeb dziecka zapominając często o swoich własnych. Mało tego mąż również spanikowany płaczem Małego uważał, że On jest wiecznie głodny. Tym sposobem mogłabym siedzieć 24h z dzieckiem przy cycku. Jednak na szczęście w końcu trochę odpuściłam, ale dopiero po kilku miesiącach tego wariactwa.

Drugie – Można by rzec, że to jak dzień do nocy. Trudno powiedzieć czy to kwestia tego, że to dziewczynka (ponoć dziewczynki spokojniejsze). Czy prędzej kwestia tego, że i ja w tej ciąży byłam spokojna, bardziej ospała i leniwa. Natalka już w szpitalu pokazała jakim jest śpiochem. Koleżanki na sali zazdrościły mi. Nie płakała, a jak już się odezwała to cichutko i po chwili sama się uspokoiła albo nakarmiłam ją i znowu zasypiała. Nie cieszyłam się na zapas, bo bałam się, że to tylko te pierwsze dni po porodzie, że jest tym zmęczona, a w domu zacznie się inna bajka. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że Ona taka już jest. Sporo śpi i daje się i mi wyspać. Mało płacze, jest pogodna i uśmiechnięta.

Ja bardzo szybko doszłam do siebie po porodzie, zresztą już w szpitalu śmigałam całkiem nieźle mimo szwów po nacięciu. Czułam się dużo lepiej zarówno fizycznie jak i psychicznie. Stałam się też inną matką. Mniej przewrażliwioną, bardziej doświadczoną. Daję sobie luz, nie spinam się, nie biegnę jak tylko zapłacze. Kiedy mogę to odpoczywam, bo przecież mi też się to należy. Kiedy Ona śpi nie siedzę godzinami wpatrzona i zachwycona jak słodko wygląda. Wiem, że jest słodka i urocza, ale przecież w tym czasie mogę zrobić sporo innych rzeczy, a jej niczego nie będzie brakować, jeśli spokojnie śpi.

Potrafi zrobić mi bardzo miłe niespodzianki i przespać w nocy po 6, a nawet 9 godzin! Nie codziennie, ale od czasu do czasu zdarza się. W pozostałe dni budzi się na karmienie w nocy co 3-4 godziny i nie jest to uciążliwe, bo zaraz po tym jak się naje zasypia na nowo. Jest również karmiona piersią, a mimo to nie ślęczę nad nią z cyckiem tyle czasu co z Krzysiem. Mam już jakieś wyczucie, inny instynkt, więcej wiedzy i doświadczenia a to powoduję, że jestem bardziej wypoczęta, uśmiechnięta i potrafię się cieszyć tym macierzyństwem, a nie zamykać się jak w klatce.

Drogie mamy i przyszłe mamy nie martwcie się jak to będzie z pierwszym, drugim czy kolejnym dzieckiem. Nie piszcie i nie wyobrażajcie sobie różnych scenariuszy. Tego nie da się przewidzieć, zaplanować. Każde dziecko jest inne, wyjątkowe. Nie nastawiajcie się ani na sielski spokój ani na niezły hardcore. Lepiej nie wiedzieć i przyjąć to co będzie bez żalu czy rozczarowania, że jest inaczej. A stresować się na zapas też nie ma po co. Choć tytuł wpisu mówi, że drugi poród będzie łatwiejszy wcale nie musi tak być w Waszym przypadku. Znam różne historie i różne wersje. Jednak nie o to chodzi, by Was straszyć czy wręcz przeciwnie zapewniać, że będzie super. Podzieliłam się tylko swoimi wspomnieniami. Mam nadzieję, że za kilka lat przeczytam sobie ten wpis i wszystko sobie przypomnę.

Chętnie posłucham Waszych wspomnień i doświadczeń związanych z ciążą, porodem czy samą opieką nad dzieckiem w pierwszych dniach/miesiącach. Czy też mówicie innym kobietom, że drugi poród będzie łatwiejszy? 😛