Wołam synka raz… drugi… i trzeci, żeby przyszedł do kuchni, bo zrobiłam obiad…

 


Nie reaguję. Bawi się autkami w pokoju i jest tak zajęty i skupiony, że mnie zwyczajnie olewa. Denerwuję się, niecierpliwię. Obiad stygnie na talerzu, idę po niego i tłumaczę, że idziemy na obiadek, bo jest cieplutki.

– Nie chće! Jeście nie!
– A kiedy? Teraz zjemy,  bo później będzie zimny.
– Nie!
I koniec dyskusji.
Cierpliwość… tak bardzo jej potrzebuję. Podobno dziecko uczy nas cierpliwości. A ja mam wrażenie, że tylko ją testuję i sprawdza ile jesteśmy wstanie wytrzymać, czekać, odpuścić. Ile razy zdarzy się, że ta cienka linia pęka i krzykniesz na dziecko? Wcale? To gratuluję! U mnie zdarza się. Rzadko, ale jednak zdarza się, przyznaję. Jestem tylko człowiekiem i okazuję emocję – również te negatywne. Jak jestem zła to podnoszę głos. Choć za chwilę tego żałuję i przepraszam. Tak, przepraszam dwulatka! Skoro uczy się od nas rodziców i naśladuję nas, to jeśli już popełnię błąd niech widzi, że umiem się do niego przyznać. Przecież nikt nie jest idealny. Każdy czasami popełnia błędy. Synek jest na takim etapie, że zdarzyło mu się uderzyć mnie czy kogoś innego. Niech mi nikt nie mówi, że to dlatego, że sam jest bity, bo nie jest! Nie podniosłam na niego ręki, nawet nie dostaje klapsa na tyłek. Po prostu jak się czasami złościł np. podczas ubierania go, to zdarzyło się, że uderzył mnie w rękę zapierając się, żebym go nie ubrała. Mam złe dziecko? Nie! On po prostu dopiero się wszystkiego uczy, nie wszystko rozumie. Moja w tym rola, żeby wiedział, że tak nie wolno. Przeprosił. Uczę go słów „proszę”, „przepraszam” i „dziękuję” i sama też ich używam kiedy jest taka potrzeba. Uczę też siebie – tej cierpliwości. A to trudna sztuka. Zwłaszcza kiedy słuchasz po raz dwudziesty w ciągu dziesięciu minut tego samego zdania, które dziecko powtarza i jeszcze wymaga, żebyś Ty też powtarzała za każdym razem. Czasami to po prostu jest już nudne, choć kocham go z całych sił i cieszę się na każde nowo poznane słowo, które wypływa z jego ust. Jednak jeśli słyszę je co trzy sekundy przez pół dnia, to zwyczajnie już mi się nie chcę! Nie chce mi się tego powtarzać ani nawet słuchać. Właśnie wtedy tak bardzo mi się ona przydaje…ta cierpliwość – głęboki wdech, wydech i uśmiech do mojego Szkraba. Przecież to mu sprawia taką radość, a co mi szkodzi?! I powtarzam dalej.
Stoję w korytarzu i czekam – znowu czekam i wołam. A on stoi w progu pokoju i coś tam majstruję przy jakiejś zabawce.
– Krzysiu choć dalej, ubieramy się, bo idziemy na zakupy.
– Już idęęę mamoo! – mówi to tak słodkim głosem, ale wcale się nie rusza z miejsca.
– No choć, bo czekam, choć założę Ci kurtkę i idziemy….
-Już idę. – Ona ma dwa lata, a już się zaczyna! „Już”, które oznacza „poczekaj zaraz to zrobię”, a za kilka lat zamieni się w „zaraz”, które będzie znaczyło „może, jak mi się zachce to to zrobię”
Ona już powoli się kończy – ta moja cierpliwość. Stoję już 10 minut, zgrzana, bo już ubrana i gotowa do wyjścia. Cały czas próbuję go przekonać, że musimy wyjść, w między czasie zakładając mu w pokoju szalik, czapkę i kurtkę. Ufff… Tylko dlaczego musi to wyglądać tak, że ja biegam za nim po pokoju i w locie go ubieram? Dlaczego nie możemy się ubrać w korytarzu?
Nie zawsze tak jest. Opisana sytuacja zdarza się sporadycznie, dlatego jestem wstanie tyle zrozumieć, zaczekać, ale nie ukrywam, że cierpliwość jest wtedy mocno testowana i naciągana. Zwłaszcza kiedy się akurat spieszę.
Siedzę z Małym w pokoju przed laptopem, muszę coś zrobić, coś sprawdzić. Włączam mu bajkę w TV. Potrzebuję tylko chwilkę, zaraz skończę. Mija 5, 10 i 15 minut, a ja nawet nie zauważam, że z tej „chwilki” robi się już pół godziny.
– Co robisz mamusiu? – siedzi obok na kanapie i opiera mi głowę na ramieniu patrząc w ekran laptopa.
– Nic, Kochanie tylko coś sprawdzam. Zaraz się pobawimy. – i siedzę, bo przecież „muszę” coś jeszcze zrobić.
– Mamo, patrz! Auto bum! – nawet nie zerkam na bajkę tylko mruczę „yhmm, tak widzę auto”
– Mamusiu, tutu. Dam tutu! (tłum. Daj picia)
– Już ci robię, już idę, – znów zwlekam…
I nagle uświadamiam sobie, że ja od synka też wymagam cierpliwości i czasami go zbywam i przeciągam zrobienie czegoś dla niego. Od dziecka, które jest jeszcze małe i nie wszystko zrozumie oczekuję czasami więcej niż sama od siebie. Nachodzą mnie wyrzuty sumienia. Przecież wcale nie musiałam akurat teraz tego robić, a już na pewno nie powinnam go tak zbywać, olewać. Ile jeszcze podobnych sytuacji było? Ile razy sama mówiąc „już” robiłam coś dopiero za jakiś czas, dopiero po ponownym upomnieniu się? Cierpliwość – każdy z nas ją czasami traci, ale warto naciągać jej granice w przypadku dzieci, zwłaszcza jeśli sami nie jesteśmy idealni. W dzisiejszych czasach każdy się spieszy i stąd ta nasza niecierpliwość. Ale warto czasami zwolnić. Poczekać. Zastanowić się i wyciągnąć wnioski.