Dziecko chore, to dziecko marudne, więc trzeba na głowie stawać, żeby je czymś zainteresować.

 

Pierwsza rzecz jaką już dawno chciałam wypróbować to biała glina. Przepis znajdziecie u Mama w domu. Chciałam wykorzystać ją jeszcze w okresie świątecznym na ozdoby choinkowe, ale zabrakło czasu. Postanowiłam zrobić z Krzysiem autka. Nie ukrywam, że samo przygotowanie masy i zrobienie z nich autek nie przypadł mi do gustu. Masa rzeczywiście dość szybko twardnieje. Chyba jednak wolę masę solną. Kilka dni po wyschnięciu pomalowaliśmy autka farbkami, a właściwie malował je Krzysiu gąbeczką moczoną w farbce.

 

 

 

 

 

 

 

Autami oczywiście jeździł później i świetnie się bawił. Choć zasmarkany i kaszlący energii do zabawy miał sporo. Jednak wszystko szybko się nudziło. Niezastąpione są u nas naklejki! Uwielbia je! Często najpierw naklejamy je razem, a po jakimś czasie przeglądając książeczkę, gdzie ja nakleił stwierdza, że są źle, więc próbuję je zdzierać. Mamy nawet taki „specjalny” zeszyt do naklejek. Jednak oczywiście naklejanie sobie na rączki czy mamie na różne części garderoby i na meble jest największa atrakcją. Tak czy siak, naklejki to świetne zajęcie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Podczas choroby czytaliśmy też dużo książek, bawiliśmy się wspólnie autami, klockami. Generalnie wszystko robione z mamą i tatą jest fajne, a samodzielna zabawa wtedy rzadko się sprawdza, bo szybko marudzi. Na szczęście już jest lepiej i został tylko niewielki katar. Szkoda, ze 2 dni kiedy było dużo śniegu był jeszcze na antybiotyku i nie wychodziliśmy, bo przegapił okazję na sanki.